Mołdawia - Dzień 9

wtorek, 15 czerwca 2010

Następnego ranka, lekko niewyspani, wysiedliśmy na dworcu we Lwowie. Tego dnia czekało nas przejechanie około 80km do przejścia granicznego w Medyce, a następnie około 15 do samochodu w Przemyślu. Droga przebiegła bardzo spokojnie, jechało się wyśmienicie. Powracaliśmy w myślach do miejsc w których byliśmy.  Szkoda że trzeba wracać…

Przed samą granicą, żeby sprawiedliwości stało się zadość zlała nas deszcz. Po 8 dniach jazdy w piekielnym upale, jazda w deszczu to była czysta przyjemność. Padać przestało jak dojechaliśmy do Przemyśla. 

Read more...

Mołdawia - Dzień 8

poniedziałek, 14 czerwca 2010

Szybkie śniadanko i przepak. Ostatni etap przed nami. Cel Odessa! Jeszcze jedno przejście graniczne przed nami. Wyjazd z Nadniestrza nie należał do przyjemnych. Zostaliśmy wywołani z kolejki i kazano nam się udać do konkretnego budynku. W pokoju siedział za biurkiem umundurowany celnik w czapce z wielkim rondem i obok niego stał żołnierz w stroju moro. Celnik rzucił nasze paszporty i stwierdził, że są "nieprawidłowe" po czym zażądał "prezentu" bo inaczej "nazad"! Więc Łukasz wkładał z portfela... 10 euro - śmiech celnika... dodał 30 hrywien - oburzenie celnika...dodał 100 hrywien - celnik machnął ręką, że możemy już sobie iść. Ukraina!! Po 70 km byliśmy już w Odessie.

Bez większego trudu znaleźliśmy dworzec. Jego wielka kopuła z licznymi zdobieniami wyglądała bardziej jak bazylika. Na tle wszechobecnej biedoty, świecące marmury tworzył niesamowity kontrast. Postanowiliśmy, że najpierw kupimy bilet na pociąg, a potem jak zostanie trochę czasu to pojedziemy zwiedzić miasto. Kobieta w informacji nie była w stanie mi powiedzieć czy i gdzie mogę zakupić bilet dla roweru. Odsyłali nas z kasy do kasy, po 30 minutach zaczęło już nas to irytować. W końcu dotarliśmy do kasy gdzie kobieta po dłuższym zastanowieniu stwierdziła że może sprzedać bilet za rower. Zapłaciłem za 2 rowery równowartość 10zł i w zamian otrzymałem świstek papieru niczym nie przypominający biletu. Na peronie pokazałem bilet konduktorowi, on zaśmiał mi się prosto w twarz i powiedział „trzeba było przyjść do mnie, załatwiło by się”.
Następnie dowiedziałem się że na Ukrainie nie ma czegoś takiego jak wagon dla rowerów i że rower należy rozłożyć i przewozić w miejscu gdzie się siedzi. Ale wtedy gdzie powinno się siedzieć ?, na to pytanie nie dostałem odpowiedzi. Podróży nie możemy zaliczyć do komfortowych, mimo to było bardzo sympatycznie. Głównie za sprawą naszego towarzysza w przedziale, który wraz ze swoim synem wracał do rodzinnej wsi w okolicy Lwowa. Cała noc bawił nas rozmową.

Read more...

Mołdawia - Dzień 7

niedziela, 13 czerwca 2010

Rano sprawnie się uwinęliśmy ze śniadaniem i spakowaniem bagaży. Wjechaliśmy do Kiszyniowa. Miasto duże, głośne i zatłoczone. Ludzie zadbani i modnie ubrani - zwłaszcza młodzież. Podobno prawie połowa Mołdawian mieszka w Kiszyniowie - to chyba jedyna szansa żeby znaleźć pracę poza rolnictwem bo dopiero tu zobaczyliśmy fabryki, zakłady produkcyjne czy biurowce. Sprawnie przejechaliśmy przez stolicę zahaczając o najważniejsze miejsca wymienione w przewodniku i dojechaliśmy do Milesti Mici.



To jedne z największych na świecie, podziemne miasta wina, założone w piwnicach, skąd wydobywany był wapień na budowę domów. Milesti z długością korytarzy 200 km wpisane jest nawet do księgi rekordów Guinessa. Żeby zwiedzić ten obiekt trzeba z kilkudniowym wyprzedzeniem dokonać rezerwacji (można także on-line). Do piwnic wjeżdża się samochodem ponieważ trasa jest dość długa i temperatura wynosi ok 7 stopni C. Ponieważ nie mieliśmy rezerwacji ani ,, masziny" wyprosiliśmy mały spacerek po piwnicach. Bez problemu nas wpuszczono ale byliśmy tam zdani na siebie. Długie ,ciemne korytarze zaczynały się coraz bardziej rozgałęziać... W obawie, przed zaginięciem w tym mroźnym i ciemnym labiryncie, po zobaczeniu kilku ogromnych beczek z winem, sprawnie się wycofaliśmy.

Duże wrażenie zrobił na nas ogród przed piwnicami - dwie fantazyjne fontanny z białym i czerwonym winem oraz piękne dywany kwiatowe to wizytówka tego miejsca. Kolejnym naszym celem był Tyraspol. Leży on w Nadniestrzu - separatystycznej Republice Mołdawii która ma swój rząd, prezydenta, stolicę i walutę. Na arenie międzynarodowej nie jest ona uznawana. Żeby się tam dostać należy przejść odprawę na przejściu granicznym - tu również trzeba wypisać odpowiednie druki ale także należy uiścić opłatę - od nas jej nie zażądano - nie wiemy dlaczego ponieważ pozostali ludzie płacili. Pewnie to przeoczono;) Umowną granicą tej Republiki jest Dniestr. Przejeżdżając przez most mijaliśmy czołg i żołnierzy z karabinami - podobno należy zwolnić jak się koło niego przejeżdża i gdy zasugeruje nam, że mamy się zatrzymać trzeba zjechać do kontroli.

Za nami nikt nie krzyczał więc przejechaliśmy bez problemu. Łukasz pstrykał tylko zdjęcia z ukrycia (jest zakaz fotografowania tego miejsca!). Tereny po tej stronie Dniestru są bardziej uprzemysłowione, bogatsze i czystsze. Niestety łapówki są tu czymś normalnym! Jeżeli chce się płacić mołdawskimi lejami należy być bardzo czujnym ponieważ przeliczanie na ruble nie jest ich mocną stroną - a miże właśnie jest bo próbują na tym nieźle zarobić! Kobieta sprzedająca lody, z uporem maniaka, wmawiała nam że jej kalkulator dobrze liczy - niestety z naszych wyliczeń wychodziła całkiem inna , dużo niższa cena! Drażniło nas takie cwaniakowanie! Zaliczyliśmy wymienione w przewodniku miejsca które warto zobaczyć w Tyraspolu i zjechaliśmy na miejską plażę. Wykąpaliśmy się w Dniestrze i pojechaliśmy poszukać miejsca na nocleg. Rozbiliśy się kilka kilometrów za miastem na polance z dala od zabudowań. W nocy jak już zasypialiśmy usłyszeliśmy kroki - ktoś chodził dookoła naszego namiotu. Łukasz poszedł sprawdzić kto to. Okazało się, że było to gospodarz który mieszka 2 kilometry stąd. Zaciekawiło go światełko z naszych czołówek i przyszedł w środku nocy sprawdzić co to takiego;).


Read more...

Mołdawia - Dzień 6

sobota, 12 czerwca 2010

Gdy się rano obudziliśmy chłopiec siedział przy naszym łóżku i czekał aż wstaniemy. Pomógł nam się spakować i przygotować rowery do drogi. Smutno nam było jak się z nim żegnaliśmy… Gdy już wyjeżdżaliśmy Pani Uli się przypomniało że ugotowała nam rano kurę i że koniecznie musimy ją wziąć. Próbowaliśmy delikatnie odmówić i podziękować za kurę bo w takim upale w sakwie różnie mogło by z nią być ale nie było nawet mowy żebyśmy jej nie zabrali! Mieliśmy też świadomość, że oni nie codziennie jedzą takie mięso…ale tacy właśnie są Mołdawianie! Gości traktują wyjątkowo i dzielą się tym co mają najlepsze. Długo jeszcze myśleliśmy o tej rodzinie i pewnie ich nie zapomnimy. To nie jest nasz pierwszy wyjazd na wschód – tak jak na zachodzie największe wrażenie robią na nas piękne miasta, zabytki czy widoki tak tu najbardziej niesamowite jest obcowanie z ludźmi… No ale musimy jechać dalej…
Zmierzaliśmy do dolinki rzeki Racovat. Urocze miejsce - chętnie byśmy zostali dłużej i nic nie robili;) ale mamy jeszcze do przejechania dość dużo kilometrów.

Często zatrzymywaliśmy się przy studiach i wylewaliśmy na siebie zaczerpniętą wodę, moczyliśmy chusty które mieliśmy na głowach…każdy sposób na schłodzenie się w tym upale był dobry! Zdarzało się też, że częstowaliśmy się wiśniami z przydrożnych drzew – nikt nas nie przepędzał więc chyba nie robiliśmy nic złego;)
Przed Kiszyniowem jest duże jezioro nad którym planowaliśmy się rozbić z namiotem. Niestety dostęp do jeziora był utrudniony –ośrodki wczasowe ogrodziły teren. Wjechaliśmy na jeden z nich – dogadaliśmy się z właścicielem, ze za 40 lei rozbijemy sobie namiot. Ośrodek był ładnie położony ale niestety bardo zaniedbany – wyglądał jak by od 20 lat nie stanęła tam ludzka noga!

Read more...

Mołdawia - Dzień 5

piątek, 11 czerwca 2010

Tego dnia wjechaliśmy już do Mołdawii. Niestety górki nie zniknęły… słońce również nie odpuszczało. Na granicy poszło wszystko sprawnie – też trzeba wypisywać specjalne druki takie jak przy wjedzie do Ukrainy.
Wjeżdżając z Polski do Ukrainy znacznie pogarsza się stan dróg ( choć może trudno sobie to wyobrazić;) ale w Mołdawii to czasami trudno to nazwać drogą!

Oczywiście są odcinki lepsze i gorsze. Czasami ni stąd ni zowąd pojawiał się łady szeroki asfalt który niespodziewanie zmieniał się w szutrową drogę. Droga ze zdjęcia to główna droga do stolicy – Kiszyniowa oznaczona na mapie „grubą kreską”.
Kolejna różnica to ilość pojazdów – na Ukrainie ruch był bardzo duży a tu częściej mijały nas wozy z końmi niż samochody. Czasami w promieniu kilku kilometrów nie widzieliśmy ludzi. Krajobraz wypełniały pagórki, przecinające je rzeczki, pasące się koniki…

Ma się wrażenie, że czas się tu zatrzymał. Ludzie chodzą po wodę do studni, pracują w polu, siedzą przed domami….Tempo ich życia jest dużo wolniejsze od naszego. Nie mieliśmy problemu żeby się przestawić na ich tryb;)
W sklepach mało towaru – mieliśmy problem, żeby kupić mleko, świeży chleb… przeważnie ludzie mają krowy i wiele rzeczy robią sami. Oczywiście w dużym mieście jak Kiszyniów sklepy są świetnie zaopatrzone. Często ekspedientki nie mają drobnych pieniędzy (w obiegu jest mało bilonów) więc nie raz resztę dostawaliśmy w cukierkach.

Niestety drogi na mapie nie miały odzwierciedlenia w rzeczywistości. Od chwili gdy się zgubiliśmy i musieliśmy wracać 20 km pytaliśmy ludzi o drogę gdy pojawiała się choć najmniejsza wątpliwość. Często droga która była szersza i w lepszym stanie nie była tą główną. Za każdym razem prosząc o wskazanie właściwej drogi , oprócz wyczerpującego opisu trasy, zasypywani byliśmy pytaniami typu: Skąd? Dokąd? Dlaczego? Na welocypedach??….itp. Wiele osób w Mołdawii ma jakiś przodków z Polski więc rozmowy czasami trwały dość długo. Jedna Pani usłyszała, że rozmawiamy po Polsku i zaprosiła nas na kolację – smażone ziemniaki, sałatka z ogórków, pomidorów, cebuli i oliwy i skórki które się soli i żuje. Przed jedzeniem dostaliśmy aperitif w formie spirytusu! Po przejechaniu 130 km w pełnym słońcu i po górzystym terenie wypicie takiego trunku na pusty żołądek zrobiło na nas duże wrażenie!! Dość długo rozmawialiśmy – Pani Ula sama wychowuje swojego wnuczka. Żaliła się nam że nie może wyjechać z Mołdawii (tzn. ludzie w Mołdawii mogą pojechać jedynie na Ukrainę i do Rosji). Jej córka czyli matka chłopca którym ona się zajmuje mieszka we Włoszech. Niestety ani młody Andrei ani Pani Ula nie mogą jej odwiedzić.
Chłopiec uważnie się przyglądał naszym rowerom. Duże wrażenie na nim zrobił aparat fotograficzny – do późna Łukasz pstrykał z Andrejem fotki. Nawet czołówka okazała się świetnym gadżetem – chłopiec biegał z nią po domu i straszył babcie. Zapięciem do roweru bawił się chyba z pół godziny aż w końcu babcia Ula siłą wyciągnęła go do łazienki i położyła spać.

Read more...

Mołdawia - Dzień 4

czwartek, 10 czerwca 2010

Pobudka o 6 rano, śniadanie, przepak i pedałujemy dalej. Dłuższą przerwę zrobiliśmy sobie na targu w małym miasteczku. Kupiliśmy bryndze i ciemny chleb od babuszek i zjedliśmy ze smakiem! Oczywiście słońce i górki nas nie opuszczały;). Dojechaliśmy w okolice miasta Czerniowce. Upatrzyliśmy sobie ładną łąkę nad rzeką na biwak. Jednak po krótkiej rozmowie z panem wypasającym krowy zmierzaliśmy już w kierunku jego domu. Znów poopowiadaliśmy jak się nam żyje w Polsce i wypytaliśmy o sytuacje na Ukrainie. Nasi nowi znajomi byli młodsi od poprzednich miłych ludzi którzy nas gościli i trudniej się nam z nimi porozumiewało. W poprzednim domu mówiliśmy trochę po Polsku, trochę po Rosyjsku i płynnie nam się rozmawiało. Tym razem nadrabialiśmy gestami i dużo się uśmiechaliśmy.



Read more...

Mołdawia - Dzień 3

środa, 9 czerwca 2010

Rano gospodyni uraczyła nas kopytkami ze śmietaną i mocną kawą. Pożegnaliśmy się i ruszyliśmy w stronę Ivano-Frankivsk.

I znów górki…. Słońce paliło niemiłosiernie więc widząc pływających w rzece ludzi nie zastanawialiśmy się ani sekundy czy to aby miejsce na kąpiel! (w przewodnikach często autorzy odradzają kąpiel ze względu na różny stan czystości wód).

Po dłuższej sjeście ruszyliśmy dalej…. Bezpośrednio przed Ivano-Frankivsk rozbiliśmy namiot, zjedliśmy kolację i zasnęliśmy bez żadnego problemu!

Read more...

Mołdawia - Dzień 2

wtorek, 8 czerwca 2010

W Przemyślu zaparkowaliśmy auto na osiedlowym parkingu i po szybkim przepakowaniu ruszyliśmy na rowerach do Medyki (przejście graniczne z Ukrainą). Po sprawnej odprawie pedałowaliśmy już po Ukrainie. Podjeżdżając pod kolejną górkę zastanawialiśmy się czy ta była ostatnia…. Niestety nie! Trasa składała się prawie z samych podjazdów i zjazdów. Zmęczenie potęgowała też wysoka temperatura i palące słońce. Rekompensatą tych trudów były widok na Karpaty. Mijaliśmy koleje wioski w których już z oddali świeciły się srebrne kopuły cerkwi.

Po przejechaniu 113 kilometrów znaleźliśmy się w miejscowości Drohobycz. Za miastem, gdzie rozglądaliśmy się za miejscem na namiot, zaczepiło nas małżeństwo wypytując skąd jesteśmy i co tu robimy… Po krótkiej rozmowie zaprosili nas do siebie i zaproponowali nocleg.
Dostaliśmy barszcz ukraiński z obowiązkowym na Ukrainie kleksem śmietany. Rozmawialiśmy o sytuacji w Polsce i na Ukrainie… Byliśmy bardzo pozytywnie zaskoczeni gościnnością tych ludzi!

Read more...

Mołdawia - Dzień 1

poniedziałek, 7 czerwca 2010

Rowery zamocowaliśmy na dachu auta i ruszyliśmy z Torunia do Przemyśla. Musieliśmy przejechać przez tereny popowodziowe więc jadąc objazdami nadłożyliśmy dużo kilometrów. Przed czwartą nad ranem dopadło nas zmęczenie i postanowiliśmy rozbić namiot. Rano ruszyliśmy dalej…

Read more...