Mołdawia - Dzień 6

sobota, 12 czerwca 2010

Gdy się rano obudziliśmy chłopiec siedział przy naszym łóżku i czekał aż wstaniemy. Pomógł nam się spakować i przygotować rowery do drogi. Smutno nam było jak się z nim żegnaliśmy… Gdy już wyjeżdżaliśmy Pani Uli się przypomniało że ugotowała nam rano kurę i że koniecznie musimy ją wziąć. Próbowaliśmy delikatnie odmówić i podziękować za kurę bo w takim upale w sakwie różnie mogło by z nią być ale nie było nawet mowy żebyśmy jej nie zabrali! Mieliśmy też świadomość, że oni nie codziennie jedzą takie mięso…ale tacy właśnie są Mołdawianie! Gości traktują wyjątkowo i dzielą się tym co mają najlepsze. Długo jeszcze myśleliśmy o tej rodzinie i pewnie ich nie zapomnimy. To nie jest nasz pierwszy wyjazd na wschód – tak jak na zachodzie największe wrażenie robią na nas piękne miasta, zabytki czy widoki tak tu najbardziej niesamowite jest obcowanie z ludźmi… No ale musimy jechać dalej…
Zmierzaliśmy do dolinki rzeki Racovat. Urocze miejsce - chętnie byśmy zostali dłużej i nic nie robili;) ale mamy jeszcze do przejechania dość dużo kilometrów.

Często zatrzymywaliśmy się przy studiach i wylewaliśmy na siebie zaczerpniętą wodę, moczyliśmy chusty które mieliśmy na głowach…każdy sposób na schłodzenie się w tym upale był dobry! Zdarzało się też, że częstowaliśmy się wiśniami z przydrożnych drzew – nikt nas nie przepędzał więc chyba nie robiliśmy nic złego;)
Przed Kiszyniowem jest duże jezioro nad którym planowaliśmy się rozbić z namiotem. Niestety dostęp do jeziora był utrudniony –ośrodki wczasowe ogrodziły teren. Wjechaliśmy na jeden z nich – dogadaliśmy się z właścicielem, ze za 40 lei rozbijemy sobie namiot. Ośrodek był ładnie położony ale niestety bardo zaniedbany – wyglądał jak by od 20 lat nie stanęła tam ludzka noga!

0 komentarze:

Prześlij komentarz