Mołdawia - Dzień 5

piątek, 11 czerwca 2010

Tego dnia wjechaliśmy już do Mołdawii. Niestety górki nie zniknęły… słońce również nie odpuszczało. Na granicy poszło wszystko sprawnie – też trzeba wypisywać specjalne druki takie jak przy wjedzie do Ukrainy.
Wjeżdżając z Polski do Ukrainy znacznie pogarsza się stan dróg ( choć może trudno sobie to wyobrazić;) ale w Mołdawii to czasami trudno to nazwać drogą!

Oczywiście są odcinki lepsze i gorsze. Czasami ni stąd ni zowąd pojawiał się łady szeroki asfalt który niespodziewanie zmieniał się w szutrową drogę. Droga ze zdjęcia to główna droga do stolicy – Kiszyniowa oznaczona na mapie „grubą kreską”.
Kolejna różnica to ilość pojazdów – na Ukrainie ruch był bardzo duży a tu częściej mijały nas wozy z końmi niż samochody. Czasami w promieniu kilku kilometrów nie widzieliśmy ludzi. Krajobraz wypełniały pagórki, przecinające je rzeczki, pasące się koniki…

Ma się wrażenie, że czas się tu zatrzymał. Ludzie chodzą po wodę do studni, pracują w polu, siedzą przed domami….Tempo ich życia jest dużo wolniejsze od naszego. Nie mieliśmy problemu żeby się przestawić na ich tryb;)
W sklepach mało towaru – mieliśmy problem, żeby kupić mleko, świeży chleb… przeważnie ludzie mają krowy i wiele rzeczy robią sami. Oczywiście w dużym mieście jak Kiszyniów sklepy są świetnie zaopatrzone. Często ekspedientki nie mają drobnych pieniędzy (w obiegu jest mało bilonów) więc nie raz resztę dostawaliśmy w cukierkach.

Niestety drogi na mapie nie miały odzwierciedlenia w rzeczywistości. Od chwili gdy się zgubiliśmy i musieliśmy wracać 20 km pytaliśmy ludzi o drogę gdy pojawiała się choć najmniejsza wątpliwość. Często droga która była szersza i w lepszym stanie nie była tą główną. Za każdym razem prosząc o wskazanie właściwej drogi , oprócz wyczerpującego opisu trasy, zasypywani byliśmy pytaniami typu: Skąd? Dokąd? Dlaczego? Na welocypedach??….itp. Wiele osób w Mołdawii ma jakiś przodków z Polski więc rozmowy czasami trwały dość długo. Jedna Pani usłyszała, że rozmawiamy po Polsku i zaprosiła nas na kolację – smażone ziemniaki, sałatka z ogórków, pomidorów, cebuli i oliwy i skórki które się soli i żuje. Przed jedzeniem dostaliśmy aperitif w formie spirytusu! Po przejechaniu 130 km w pełnym słońcu i po górzystym terenie wypicie takiego trunku na pusty żołądek zrobiło na nas duże wrażenie!! Dość długo rozmawialiśmy – Pani Ula sama wychowuje swojego wnuczka. Żaliła się nam że nie może wyjechać z Mołdawii (tzn. ludzie w Mołdawii mogą pojechać jedynie na Ukrainę i do Rosji). Jej córka czyli matka chłopca którym ona się zajmuje mieszka we Włoszech. Niestety ani młody Andrei ani Pani Ula nie mogą jej odwiedzić.
Chłopiec uważnie się przyglądał naszym rowerom. Duże wrażenie na nim zrobił aparat fotograficzny – do późna Łukasz pstrykał z Andrejem fotki. Nawet czołówka okazała się świetnym gadżetem – chłopiec biegał z nią po domu i straszył babcie. Zapięciem do roweru bawił się chyba z pół godziny aż w końcu babcia Ula siłą wyciągnęła go do łazienki i położyła spać.

0 komentarze:

Prześlij komentarz