Krym - Dzień 4 - Bakczysaraj/Bałakława

niedziela, 17 maja 2009

Rano ukazał się nam przepiękny widok na Bakczysaraj i skały – nie mieliśmy świadomości że jest tak ładnie bo rozbijaliśmy namiot po zachodzie słońca. Spokojnie zjedliśmy śniadanko i wypiliśmy kawusie.Nasze plecaki zjechały pod skały na linie a my postanowiliśmy się jeszcze trochę powspinać. Gdy już klarowaliśmy sprzęt pojawili się 4 panowie w średnim wieku i pokazali kawał dobrego wspinania …lekko wspomaganego browarem i dużym poczuciem humoru. Pozytywnie nas zaskoczył ich sprzęt – mieli dobrej jakości uprzęże i ekspresy PETZLA.
Marszrutką wróciliśmy do centrum Bakczysaraju, pochodziliśmy po zatłoczonym bazarze (odurzył mnie zapach suszonych ryb), kupiliśmy piwo Krym, chałki i wsiedliśmy w elektriczkę do Sewastopola. W wagonach były drewniane ławki, tłum ludzi w swetrach (pomimo 35st.C) i na każdej stacji wchodziły kobiety chcące sprzedać suszone ryby, lody, chrupki, pierogi, firmowe reklamówki, plakaty, nieaktualne kalendarze i wszechobecny słonecznik! Ukraińcy są chyba uzależnieni od słonecznika – wrzucają do buzi garść nie łuskanego słonecznika i po chwili plują łupinkami gdzie popadnie!! W trakcie rozmowy nie raz czułam jak łupinki obijają mi się o łydki… Pomimo upału i tłumu ludzi w wagonie handlarki z dużą determinacją wykrzykiwały swoje rymowane formułki wychwalające sprzedawane produkty. Ich marketingowa żyłka mnie złamała i kupiłam loda. Niestety okazało się że był o 3 miesiące przeterminowany…ale w porównaniu do groszku z bakczysarajskiego sklepu który już 3 lata temu stracił ważność to te 3 miesiące nie zrobiły na mnie wrażenia i loda zjadłam! Dojeżdżając do Symferopola podziwialiśmy kolejne skalne miasto Ikerman i ludzi w wagonie których organizmy miały chyba inne mechanizmy termoregulacji bo my rozebrani pociliśmy się i umieraliśmy z powodu wysokiej temperatury i braku świeżego powietrza (okna były szczelnie pozamykane + zapach suszonych ryb pań handlarek) a oni siedzieli w swetrach i bluzach i nie okazując żadnych oznak niedotlenienia czy przegrzania!
Wysiedliśmy na dworcu w Sewastopolu – jak każdy ukraiński dworzec w dużym mieście ten również był wielki i monumentalny. Spotkaliśmy parę Białorusinów z plecakami – zaproponowali nam wspólne zwiedzanie ale byli jacyś niezorganizowani więc postanowiliśmy, że pójdziemy sami. Udaliśmy się na nabrzeże. Bulwar nadmorski był zadbany z drogimi kafejkami i restauracjami. Były tam okazałe budynki opery, teatru, kasyna, oceanarium. Wszystko oczywiście wielkie, poważne z ogromnymi kolumnami, pomnikami… W porcie dużo rosyjskich okrętów wojennych no i marynarzy w nienagannych wystrojonych mundurach. Poszliśmy na miejską plażę – betonowe nabrzeże, w wodzie śmieci, meduzy i dzieci. Przy pomniku radzieckiego żołnierza zawróciliśmy do centrum i weszliśmy do oceanarium (15h) . Pokręciliśmy się jeszcze trochę po centrum i pojechaliśmy trolejbusem do Chersonezu Tauryckiego.

Kupiliśmy bilety oczywiście studenckie (20h) i poszliśmy zwiedzać cały kompleks. Plecaki zostawiliśmy u ochroniarzy w szafie… między flaszkami. Nocleg zaplanowaliśmy w Bałakławie – to wypoczynkowy kurort Sewastopola.

W elektriczce zaczepiło nas starsze małżeństwo bo słyszeli ze rozmawiamy po Polsku – mają Polskie korzenie – spytaliśmy ich o dojazd do Bałakławy to tak się zaangażowali że przejechali z nami całą trasę i podprowadzili pod właściwą marszrutę. Gdy dotarliśmy na miejsce zaczynało się już ściemniać więc rozglądaliśmy się za noclegiem. Zgodnie z naszą strategią szukaliśmy miejsca z ładnym widokiem. Weszliśmy zatem na najwyższy punkt w mieście- staliśmy na skałach u wejścia do zatoki – wymarzona miejscówka! Z jednej strony Morze Czarne z latarnią morską a z drugiej światła Bałakławy. Po kolacji leżeliśmy dość długo i podziwialiśmy krajobraz.

0 komentarze:

Prześlij komentarz