Krym - Dzień 10 - Powrót

sobota, 23 maja 2009

Powrót do Symferopola na pociąg do Lwowa. Jechaliśmy w wagonie typu płackarta – nie ma tam przedziałów – w jednym wagonie jest ok. 30 leżących miejsc. Z głośników słychać głośną ukraińską muzykę. Jest dość gorąco bo pasażerowie niechętnie zgadzają się na otwarcie okna. Na każdej stacji do wagonów wchodzą kobiety sprzedające suszone ryby o bardzo charakterystycznym, nieprzyjemnym zapachu. Czuć go jeszcze przez jakiś czas po opuszczeniu przez panie handlarki wagonów. Gwar i zaduch to niewątpliwie największe minusy tego pociągu ale są i pozytywne rzeczy takie jak czysta pościel w oryginalnie zamkniętych workach foliowych, wygodna leżanka, herbata lub kawa zrobiona przez prowadnika wagonu (kierownik) i ciągły dostęp do wrzątku. Po 26 godzinach jazdy wysiedliśmy we Lwowie. Marszrutką dojechaliśmy do granicy a dalej autobusem do Przemyśla i PKP do Torunia.


Podsumowanie


1. Ceny:
  • Przejazdy znacznie tańsze niż u nas ,np. bilet z Symferopola do Lwowa (ponad 1000km) kosztował nas 60 zł za osobę, ceny w elektriczkach, trolejbusach czy marszrutach też niskie (należy być czujnym bo czasami kierowcy widząc turystę windują).
  • Żywność tańsza o ok. 15 % w stosunku do naszych cen. Jedynie woda w podobnej cenie.
2. Noclegi:
  • Namiot – bez problemu można biwakować „na dziko” czyli poza polem namiotowym.
  • Hotele, pensjonaty, kwatery – w dużych miastach np. w Jałcie ceny podobne do naszych, w małych miejscowościach w prywatnych kwaterach cena za noc za 1 osobę to 10-20zł.
3. Transport:
  • Duża ilość moarszrutek (nasze busy), elekticzek i trolejbusów (na Krymie jest najdłuższa lina w europie). Praktycznie wszędzie i szybko można dojechać za małe pieniążki. Marszrutki można zatrzymywać na trasie – nie trzeba wsiadać na przystankach – tylko że wtedy to kierowca rzuca cenę z głowy więc warto się orientować ile powinniśmy mniej więcej zapłacić żeby się móc potargować.
4. Ludzie:
  • Na Krymie jest więcej Rosjan niż Ukraińców.
  • Ludzie chętnie pomagają aczkolwiek niektórzy oczekują zapłaty za poradę.

Read more...

Krym - Dzień 9 - Siemiz

piątek, 22 maja 2009

Pobudka była dość zaskakująca. Zawsze na nocleg wybieramy jakieś ładne, ustronne miejsce gdzie jesteśmy sami. Gdy obudziliśmy się na plaży okazało się że dookoła nas ćwiczy kilkunastu emerytów.


Co nas dziwiło to fakt, że na plaży dożo ludzi ćwiczyło – mało leżało plackiem na ręczniku jak nad naszym Bałtykiem. Od dziwnych wymachów, przez pompki z jogą włącznie! W tym aktywnym klimacie zjedliśmy śniadanie i ruszyliśmy do centrum miasta do sklepu wspinaczkowego. Prowadzi go Siergiej Kowalow, który jest bardzo dobrym wspinaczem i wyznacza nowe drogi w tym rejonie. Pokazał nam skałoplany i podzielił się cennymi informacjami. Wróciliśmy pod skały i zaczęliśmy się wspinać. Dołączył do nas Siergiej i z dużym zaangażowaniem sprzedawał nam patenty na przejście trudnych momentów w skale.

Po wspinaniu przenieśliśmy się na plażę i cieszyliśmy się nic niezrobieniem!

Read more...

Krym - Dzień 8 - Jałta

czwartek, 21 maja 2009

Rankiem wymknęliśmy się z naszego hotelu (tak jak radziła nam pani sprzątaczka która nas skasowała za pobyt) i pojechaliśmy trolejbusem na przełęcz Angarską. Następnie weszliśmy na Czatyrdah 1527m n.p.m.

Trochę przypominają te okolice nasze Bieszczady. Szlak początkowo prowadził przez stary las z ogromnymi i dziwnie powyginanymi drzewami. Potem wyszliśmy na pagórkowaty teren, aż w końcu stanęliśmy na najwyższym miejscu góry. Poleżeliśmy trochę i popatrzeliśmy na Morze Czarne które widać było w oddali. Po południu wróciliśmy do Siemiz. Bardzo się nam spodobało to miejsce i postanowiliśmy się tam jeszcze trochę powspinać. Resztę dnia spędziliśmy na plaży.

Read more...

Krym - Dzień 7 - Gaspra/Jałta

środa, 20 maja 2009

Musieliśmy trochę się namęczyć żeby znaleźć drogę do Jaskółczego Gniazda. Zameczek jest pięknie położony nad skale którą omywa morze.

Dookoła tego zabytku jest mnóstwo drogich restauracji, sztuczne palmy i są zaparkowane super auta! Trochę gryzie w oczy ten kiczowaty przepych.

Z Gaspry pojechaliśmy do Jałty. Znaleźliśmy nocleg w hotelu – cenę z nami wynegocjowała pani sprzątaczka i nie kazała się nam rzucać w oczy. Zwiedziliśmy Polanę Bajek – bardzo sympatyczne miejsce gdzie wymieszane są rzeźby postaci z bajek – niektóre robią duże wrażenie ze względu na precyzję wykonania a niektóre są kiczowate.

Na pewno będąc w Jałcie warto to miejsce odwiedzić bo panuje tam niepowtarzalny klimat z muzyką z rosyjskich bajek w tle. Wieczór spędziliśmy na bulwarze blisko portu oglądając na telebimie z ogromną ilością ukraińskich kibiców finał pucharu UEFA. Emocje nie do opisania!

Read more...

Krym - Dzień 6 - Siemiz

wtorek, 19 maja 2009

Dzień wspinaczkowy – zrobiliśmy wielowyciągową drogę na Koszce „Factor Stracha” 7a+.
Skała jest nad samy morzem więc widok urokliwy.

Po południu pojechaliśmy do Gaspry. Było już dość późno więc stwierdziliśmy że poszukamy noclegu i rano zwiedzimy zameczek Jaskółcze Gniazdo. Niestety plaże były ogrodzone płotem przez prywatnych właścicieli więc rozbiliśmy namiot na placu zabaw.

Read more...

Krym - Dzień 5 - Bałakława/Siemiz

poniedziałek, 18 maja 2009

Poranek zjawiskowy – gdy się rozbijaliśmy było już szaro więc dopiero rano zobaczyliśmy wokół naszego namiotu resztki kamiennego muru i świece – takie same jakie widzieliśmy w prawosławnych kościołach – chyba spaliśmy w ruinach jakieś świątyni…


Ten dzień poświęciliśmy na leniuchowanie na Złotej Plaży. W drodze do sklepu wypytałam o drogę za plażę – wersje były różne – łącznie z taką iż nie można tam dojść pieszo i że musimy popłynąć tam łódką – oczywiście ich łódką;) Jedyne 200h i możemy ruszać! Gdy podziękowałam za pomoc cena za rejs spadła do 60h. Wybraliśmy „pieszy wariant” ponieważ trasa podobno miała być urokliwa. Rzeczywiście taka była!! Klify, skały, morze, wiatr, przestrzeń i brak turystów !


Złota Plaża okazała się kamienista. Wykąpaliśmy się kilka razy, poleżeliśmy na gorących kamieniach i cieszyliśmy się nic „nierobieniem” !!!

Wracając inną drogą natknęliśmy się na ruiny twierdzy. W Bałakławie zjedliśmy obiad i wróciliśmy do Sewastopola żeby przesiąść się na marszrutkę do Siemiz. Po drodze mijaliśmy wielkie ściany skalne!! Jak się potem okazało tylko jedna jest eksplorowana przez wspinaczy. W Siemiz naszym celem było Skrzydło Łabędzia – ładna skała nad samym morzem. Niestety miejscowość ta to spirala ulic w której się trochę gubiliśmy. W końcu trafiliśmy pod skałę – Łukasz zrobił pierwszą drogę co nie spodobało się tutejszym ptakom! Strasznie głośno hałasowały gdy Łukasz był w skale. Postanowiliśmy ich nie drażnić i przenieśliśmy 100m dalej aby rozbić namiot.

Read more...

Krym - Dzień 4 - Bakczysaraj/Bałakława

niedziela, 17 maja 2009

Rano ukazał się nam przepiękny widok na Bakczysaraj i skały – nie mieliśmy świadomości że jest tak ładnie bo rozbijaliśmy namiot po zachodzie słońca. Spokojnie zjedliśmy śniadanko i wypiliśmy kawusie.Nasze plecaki zjechały pod skały na linie a my postanowiliśmy się jeszcze trochę powspinać. Gdy już klarowaliśmy sprzęt pojawili się 4 panowie w średnim wieku i pokazali kawał dobrego wspinania …lekko wspomaganego browarem i dużym poczuciem humoru. Pozytywnie nas zaskoczył ich sprzęt – mieli dobrej jakości uprzęże i ekspresy PETZLA.
Marszrutką wróciliśmy do centrum Bakczysaraju, pochodziliśmy po zatłoczonym bazarze (odurzył mnie zapach suszonych ryb), kupiliśmy piwo Krym, chałki i wsiedliśmy w elektriczkę do Sewastopola. W wagonach były drewniane ławki, tłum ludzi w swetrach (pomimo 35st.C) i na każdej stacji wchodziły kobiety chcące sprzedać suszone ryby, lody, chrupki, pierogi, firmowe reklamówki, plakaty, nieaktualne kalendarze i wszechobecny słonecznik! Ukraińcy są chyba uzależnieni od słonecznika – wrzucają do buzi garść nie łuskanego słonecznika i po chwili plują łupinkami gdzie popadnie!! W trakcie rozmowy nie raz czułam jak łupinki obijają mi się o łydki… Pomimo upału i tłumu ludzi w wagonie handlarki z dużą determinacją wykrzykiwały swoje rymowane formułki wychwalające sprzedawane produkty. Ich marketingowa żyłka mnie złamała i kupiłam loda. Niestety okazało się że był o 3 miesiące przeterminowany…ale w porównaniu do groszku z bakczysarajskiego sklepu który już 3 lata temu stracił ważność to te 3 miesiące nie zrobiły na mnie wrażenia i loda zjadłam! Dojeżdżając do Symferopola podziwialiśmy kolejne skalne miasto Ikerman i ludzi w wagonie których organizmy miały chyba inne mechanizmy termoregulacji bo my rozebrani pociliśmy się i umieraliśmy z powodu wysokiej temperatury i braku świeżego powietrza (okna były szczelnie pozamykane + zapach suszonych ryb pań handlarek) a oni siedzieli w swetrach i bluzach i nie okazując żadnych oznak niedotlenienia czy przegrzania!
Wysiedliśmy na dworcu w Sewastopolu – jak każdy ukraiński dworzec w dużym mieście ten również był wielki i monumentalny. Spotkaliśmy parę Białorusinów z plecakami – zaproponowali nam wspólne zwiedzanie ale byli jacyś niezorganizowani więc postanowiliśmy, że pójdziemy sami. Udaliśmy się na nabrzeże. Bulwar nadmorski był zadbany z drogimi kafejkami i restauracjami. Były tam okazałe budynki opery, teatru, kasyna, oceanarium. Wszystko oczywiście wielkie, poważne z ogromnymi kolumnami, pomnikami… W porcie dużo rosyjskich okrętów wojennych no i marynarzy w nienagannych wystrojonych mundurach. Poszliśmy na miejską plażę – betonowe nabrzeże, w wodzie śmieci, meduzy i dzieci. Przy pomniku radzieckiego żołnierza zawróciliśmy do centrum i weszliśmy do oceanarium (15h) . Pokręciliśmy się jeszcze trochę po centrum i pojechaliśmy trolejbusem do Chersonezu Tauryckiego.

Kupiliśmy bilety oczywiście studenckie (20h) i poszliśmy zwiedzać cały kompleks. Plecaki zostawiliśmy u ochroniarzy w szafie… między flaszkami. Nocleg zaplanowaliśmy w Bałakławie – to wypoczynkowy kurort Sewastopola.

W elektriczce zaczepiło nas starsze małżeństwo bo słyszeli ze rozmawiamy po Polsku – mają Polskie korzenie – spytaliśmy ich o dojazd do Bałakławy to tak się zaangażowali że przejechali z nami całą trasę i podprowadzili pod właściwą marszrutę. Gdy dotarliśmy na miejsce zaczynało się już ściemniać więc rozglądaliśmy się za noclegiem. Zgodnie z naszą strategią szukaliśmy miejsca z ładnym widokiem. Weszliśmy zatem na najwyższy punkt w mieście- staliśmy na skałach u wejścia do zatoki – wymarzona miejscówka! Z jednej strony Morze Czarne z latarnią morską a z drugiej światła Bałakławy. Po kolacji leżeliśmy dość długo i podziwialiśmy krajobraz.

Read more...

Krym - Dzień 3 - Bakczysaraj

sobota, 16 maja 2009

Po sympatycznym śniadanku i kawusi z widokiem na Bakczysaraj postanowiliśmy zwiedzić Pałac Hanów.

Przed kasą spotkaliśmy polskich turystów domagających się zniżek dla emerytów. Niestety im się nie udało ale podsunęli nam pomysł żeby powalczyć o zniżki studenckie (pomimo że już ładnych kilka lat temu odebraliśmy dyplomy). Pokazaliśmy kartę EURO 26 która była naszym ubezpieczeniem i się udało!! Od tego momentu staliśmy się studentami i wszędzie korzystaliśmy ze zniżek!! Po zakupie biletów (20h) ruszyliśmy do pałacu. Kobiety muszą mieć zakryte głowy, ramiona i nogi więc zrobiłam sobie wdzianko z 2 chust. Jest też możliwość wypożyczenia okryć na miejscu.

Duże wrażenie zrobił na nas ogród, harem i grobowiec. W głównym Meczecie Chan-Dżami odbywały się zaślubiny – przebiegały w skromnej i stonowanej atmosferze – zdecydowanie spokojniej niż u nas.
Po wyjściu z Pałacu kupiliśmy mapę z wszystkimi zabytkami Krymu-sprzedawca wyszedł od stawki dla turystów z zachodu jednak udało nam się wytargować rozsądną cenę. Kolejny nasz cel – Monastyr Uspieński. Złapaliśmy marszrutę (to określenie na busy) i po 20 minutach wysiedliśmy w pięknym rejonie otoczonym skałami. Łukasz wypatrzył wspinaczy! Grupka ukraińskich chłopaków dość żywiołowo dopingowała kolegę który robił dość trudną i długą drogę. Po krótkiej rozmowie z miejscowymi wspinaczami stworzyliśmy wspólnymi siłami topo tego sektora i stwierdziliśmy, że po zwiedzaniu tu wrócimy. Monastyr Uspieński to wyryta w skale świątynia.


Miejsce to miało magiczny klimat – chłód który tam panuje i zakonnicy snujący się powoli w długich szatach wzmagali tajemniczość tego miejsca. Atmosfera monastyru i fakt iż na zewnątrz było ponad 35 stopni C spowodowała że chcieliśmy tam trochę pobyć. Następnie przeszliśmy jakieś 300m ścieżką i znaleźliśmy się w skalnym mieście Czufut-Kale.

Duże, przestronne pomieszczenia wyryte w skałach. Z okien z jednej strony widać łagodne zbocze góry a z drugiej niezłą przepaść i rozległy wąwóz – teraz za taki widok z okna wiele trzeba by zapłacić;). Idąc dalej doszliśmy do dziwacznych skał – był to zlepek granitu, wapienia i muszelek – całość wyglądała jak rafa koralowa.


W końcu wylądowaliśmy pod drogami które upatrzyliśmy sobie rano na wspin. Łukasz ugotował pyszny obiadek i po krótkiej sjeście wbiliśmy się w skałę. Drogi dobrze i gęsto obite, spity nowe. Zrobiliśmy po 2 drogi i zrobiło się ciemno. Stwierdziliśmy że przenocujemy na najwyższej skale – szczyty są płaskie i rośnie na nich trawa więc wskrobaliśmy się tam z plecakami i rozbiliśmy namiot. Zjedliśmy kolację i pogapiliśmy się w gwieździste niebo.

Read more...

Krym - Dzień 2 - Lwów/Symferopol/Bakczysaraj

piątek, 15 maja 2009

O 10.30 siedzieliśmy już w samolocie i zbliżaliśmy się do celu. O 12.20 byliśmy już w Symferopolu. Dziury w pasie startowym nie wiele się różniły do tych na drogach. Pojechaliśmy na PKP po bilety powrotne Symferopol – Lwów (131 Hrywien za osobę). Zwiedzanie miasta zaczęliśmy od kawy. Kawa w typowej ukraińskiej kawiarni zawiera bardzo dużo cukru – jeżeli pije się gorzką kawę należy wyraźnie zaznaczyć to przed kupnem aby nie dodawano cukru, choć czasem i to nie pomaga. My chcąc mieć pewność co do ilości cukru w kawie udaliśmy się do Mc Donalda na placu Lenina.

Szukając Meczetu Kebir-Dżami trochę zabłądziliśmy i trafiliśmy do symferopolskich slumsów – ogromna pajęczyna drutów elektrycznych przyłączonych na dziko bez żadnych zasad i logiki zrobiła na nas wrażenie.

W oczy kuły nas duże kontrasty – zniszczone domy, dziurawe, zaśmiecone ulice, trawa po kolana, bezdomne psy a przed domem z anteną satelitarną na dachu zaparkowane BMW. Ot dużo takich widoków na Ukrainie! W końcu znaleźliśmy meczet, pokręciliśmy się po starym mieście gdzie większość ulic nosi nazwy Lenina i Marksa a następnie wsiedliśmy w elektriczkę do Bakczysaraju (bilet 6h). Za cel postawiliśmy sobie znalezienie noclegu. Napotkani ludzie polecili nam hotel blisko dworca – komunistyczny budynek odstraszał już na starcie – pani w recepcji zaproponowała nam pokój z telewizorem ale bez ciepłej wody (40h).

Postanowiliśmy poszukać czegoś innego i wylądowaliśmy na prywatnej kwaterze. Wynajęliśmy mały domek z widokiem na skały (30h).

Wzięliśmy prysznic – druga piana zmyła zmęczenie podróżą! Poszliśmy na zakupy - pani sprzedawczyni przekonywała nas że groszek pomimo że jest przeterminowany 3 lata nadaje się do jedzenia – nie uwierzyliśmy jej. Niestety na Ukrainie przeterminowana żywość w sklepach nie jest rzadkością.

Read more...

Krym - Dzień 1 - Przemyśl/Lwów

czwartek, 14 maja 2009

Cel – „hotel turystyczny w Jałcie”

Naszą podróż rozpoczęliśmy Polskimi Kolejami Państwowymi – trasa Toruń-Przemyśl. Następnie musieliśmy dostać się do Medyki (przejście graniczne Polska-Ukraina). W dzień kursuje tam dużo busów . Niestety my byliśmy w Przemyślu po 22 więc byliśmy zdani na taksówkę.
Odprawa na granicy odbyła się dość sprawnie . Po Ukraińskiej stronie musieliśmy wypełnić jakąś kartę i podać hotel do którego jedziemy – ponieważ mieliśmy z tym problem Pani celniczka poinformowała nas że jedziemy do hotelu „TURYSTYCZNY” w Jałcie. Wpisaliśmy nasz nowy cel w kartę i byliśmy już po ukraińskiej stronie. Teraz zaczęliśmy się rozglądać za transportem do Lwowa. Autobusy już nie jeździły bo było po północy….ale nieomal spod ziemi wyskakiwali jacyś mężczyźni w czarnych, skajowych kurtkach z propozycją podwiezienia. Proponowane przez nich ceny były dość różne. Na szczęście zaczepił nas ukraiński chłopak który też chciał się dostać do Lwowa i zaproponował że razem wybierzemy szczęśliwca który nas powiezie i zaoszczędzimy trochę pieniędzy. Anton – tak miał na imię nasz nowy kolega, nie dał się zwieść panom kierowcom i wytargował rozsądną cenę 200H. Niestety nasz kierowca kilka razy ginął nam z oczu poczym widzieliśmy go w barze popijającego coś z plastikowego kubka. Trochę nas to zaniepokoiło…ale okazało się że to jego syn nas zawiezie. Oczywiście syn jeszcze próbował podbić stawkę – stwierdził że 200H to do tablicy LWÓW a nie do centrum ale Anton znów odpowiednio i stanowczo zareagował i wysiedliśmy w centrum . Anton ponownie podjął za nas decyzję i zabrał nas na nocleg do swojego domu – byliśmy tam o 2 w nocy. Przywitała nas Mama Antona – bardzo miła pani. Poczęstowała nas obiadem-smażoną baraniną z ziemniakami z dużą ilością masła. Obiad pyszny i niezwykle sycący! Pomimo późnej godziny rozmawialiśmy jeszcze do 4 tej.

Read more...